Po prostu żyć!!!

slonce
Życie to największy dar jaki człowiek otrzymał i tak trzeba żyć, aby go nie zmarnować, bo drugiego nie będzie. Jednak nie zgodzę się z tą ogólnie uznaną tezą, że jak sobie pościelesz tak się wyśpisz – bo niestety nie zawsze mamy wpływ na to kim i gdzie w życiu będziemy. Nie każdego stać na posłanie swoich dzieci do dobrych szkół, nie każdego stać, aby zapewnić najbliższym dobry start w dorosłe życie, a czasy mamy brutalne. Jak nie masz mocnych łokci i przebojowości, to przejdziesz przez życie cichutko, ale co dla mnie jest najważniejsze tak, aby móc ze spokojem popatrzeć na swoje odbicie w lustrze.

Jedno też jest pewne, za żadne pieniądze nie kupimy sobie zdrowia. Nie wiemy też co będzie jutro, za tydzień czy za rok. I nie ma co wybiegać myślami mocno do przodu i zamartwiać się na zapas…, szkoda czasu i zdrowia na takie zabiegi. Nasza kuzynka, jeszcze cztery miesiące temu całkiem młoda jeszcze kobieta i wydawało się zdrowa, umiera powoli na guza mózgu i nie ma już dla niej żadnego ratunku. Jeszcze w styczniu nikt by nawet nie pomyślał, że ta kochająca życie osoba tak szybko będzie nikła. Na ostatniej kolacji wigilijnej planowała co będzie robić w lecie, gdzie może pojedzie na mały urlop i cieszyła się na kolejne święta, które spędzi z ukochaną córką. Można planować, myśleć, ustalać, a życie i tak ma swój plan na każdego z nas. Nie ważne czy jesteś biedny, czy bogaty, czy mieszkasz na małej wsi, gdzie niedawno dotarł prąd czy podłączyli wodę, czy mieszkasz w bogatych Emiratach Arabskich czy w biednej Kenii – każdy ma w niebiosach zapisany swój scenariusz życia. Dlatego będę żyła i cieszyła się każdym nowym dniem i będę za niego dziękowała opatrzności. Na ile kogo stać niech sobie robi małe przyjemności, niech idzie na spacer, wejdzie do małej kafejki na malutką smaczną kawę, czy kupi sobie ciastko i zje w parku, poczytajmy ulubioną książkę pod rozłożystym drzewem, posłuchajmy śpiewu ptaków, pójdźmy na wejściówkę do teatru lub do kina w tanie dni… cieszmy się każdą daną nam chwilą bo nie wiadomo ile ich jeszcze będzie.

Wasza Aramiska

Wiwat maj?

bocian_w_locie
Mija miesiąc za miesiącem, a wpisów u nas jakby mniej.
Niestety, choć mówi się, że czas goi rany, to albo tego czasu potrzeba bardzo wiele, albo u mnie bardziej sprawdzają się prawa Murphy’ego – że nieszczęścia chodzą parami. Lub trójkami. A może nawet stadami?
W każdym razie przypomniała mi się ostatnio wróżba. Podobno, gdy pierwszego bociana w sezonie zobaczymy w locie, to czeka nas szczęśliwy rok. Należy się sprostowanie – pół roku. Tyle właśnie po zobaczeniu boćka było w miarę ok. Później wszystko zaczęło się walić, ale przecież nie będę winiła za to Bogu ducha winnego ptaka. Albo Murphy’ego.
Nadchodzi maj. Mój ukochany miesiąc. Większość dobrych rzeczy na ogół działa się u mnie właśnie w tym miesiącu i chcę wierzyć – jeszcze mam na tyle siły, – że po złym końcu roku, gorszym początku i dobiciu ostatnimi czasy, maj przyniesie zmianę. Że maj – może nawet zimny – wniesie nieco ciepła.
Dla tych, którzy jeszcze w tym roku nie widzieli bociana wklejam jednego – być może Wam przyniesie nieco więcej szczęścia? Tego Wam życzę :)
A ja odliczam dni i czekam…
I wierzę.
Jeszcze ciągle wierzę…

aTosia

Dobrych Świąt Wielkanocnych

wielkanoc1
Aura za oknem bardziej zimowa niż wiosenna, ale my Polacy już do takiej powinniśmy być przyzwyczajeni. Kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy trochę lata… i tak jest w tym roku. Jak pomyślę o latach dziecięcych to często Święta Wielkanocne były zimne, potrafił nawet padać śnieg. W tym roku Wielkanoc też zapowiada się bardziej zimowo, i kurtki, czapki i szaliki się przydadzą – na pawlacz jeszcze ich nie chowajmy!!!
Mimo, że za oknem chłodno, szaro i deszczowo, pomimo różnych naszych nastrojów, życzymy Wam kochani Dobrych, Zdrowych i jak najbardziej rodzinnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego i optymizmu i słoneczka, tego w sercu i tego na niebie.

Ściskamy świątecznie
Wesołego Alleluja i Mokrego z umiarem Dyngusa

Wasze Muszkieterki

Optymizm z nas ulatuje

natura
Częstotliwość naszego pisania maleje – widzicie to – drodzy przyjaciele. Jednak tak w życiu jest, że jak skrzydła zostają podcięte, a barwy na dziś i na jutro malują się nie w jasnych kolorach, to ochota człowiekowi na cokolwiek maleje. Zaszyłby się taki osobnik gdzieś w głuszy, gdzie nie ma dostępu do niczego, a zwłaszcza do internetu i pożył jedynie z przyrodą. Tylko, że tak się nie da, no przynajmniej w prawdziwym życiu, bo w filmie się da… jak najbardziej. Od problemów i zmartwień się nie ucieknie, no chyba, że ktoś ma serce kompletnie skamieniałe na to wszystko co go w danej chwili otacza.

Rok zaczął się bardzo źle i cały czas taki jest, a nawet bym napisała, że z każdym dniem jest gorszy. Śmierć, ciężka nieuleczalna choroba i ani krzty jasnego światełka w tunelu. Co robić, by nie zwariować samemu i nie popaść w jakiś krytyczny stan? Każdy w takiej sytuacji musi znaleźć sam coś dobrego dla siebie, coś co pozwoli mu na oderwanie się od problemów nawet na kilka godzin, bo to jest po prostu konieczne dla zdrowia psychicznego. Jedni słuchają muzyki, inni idą do kina, na spacer, posłuchać śpiewu ptaków – najpiękniejszej orkiestry budzącej się wiosny, zagłębiają się w ulubioną lekturę, jeśli mogą jadą gdzieś na kilka dni… złapać przysłowiowy oddech i podładowanie baterii na kolejne dni walki… Każdy ma inny azyl… Ja mam rozmowy z siostrą, spacer do parku i… swoją pustelnię – TEATR. On naprawdę daje mi kopa i pozwala na chwilowe zapomnienie i oderwanie się od bardzo smutnej rzeczywistości. Muszę mieć siłę dla siebie i dla innych, bo tego wiele osób ode mnie potrzebuje i oczekuje.

Nasze motto ma w sobie – niepoprawne romantyczki i optymistki… z pewnością romantyczką jestem, ale optymistką to już zdecydowanie mniejszą… Ale też wiem, że nie wolno się poddawać, bo dopóki życie w nas się tli… to jest dla nas nadzieja…

Wasza Aramiska

Zatęskniłam za Ameryką

flaga
Można ją lubić albo nie. Jedni się nią fascynują, innym jest obojętna. Jedno jest pewne, moda na Amerykę – bo o niej mowa, nie ustanie.
Obudził mnie dziś padający z nieba deszcz, i mimo że nadal mamy kalendarzową zimę, krajobraz za oknem wcale nie był zimowy. Co zrobić z tak rozpoczętym dniem? Można nie wstawać z łóżka – jeśli ma się akurat wolne – albo zwlec się i na przekór wszystkiemu i zjeść dobre śniadanie. I taką opcję obrałam. Postanowiłyśmy z siostrą wybrać się na porządne, kaloryczne, amerykańskie śniadanie do restauracji Jeff’s. Do wiosny jeszcze trochę czasu, a od czasu do czasu trzeba zjeść coś więcej niż biały serek na pumperniklu (żebym to ja jeszcze jadła pumpernikiel z białym serem ;) ). Traktuję śniadanie jako najważniejszy posiłek dnia i rzadko za głosem rozsądku sięgam po owsiankę z jabłkiem. Preferuję raczej śniadania w stylu angielskim (no, może bez fasoli, bo nie lubię). Dlatego amerykańska jego wersja jest jak najbardziej na miejscu. Szare niebo, brudne resztki śniegu na chodnikach i kałuże – na takie okoliczności przyrody wskazane jest coś smacznego.
Przyznam, że już od dawna chciałyśmy dotrzeć do Jeffa, ale nigdy nie było nam po drodze. Śniadanie spełniło nasze oczekiwania: trzy jajka sadzone, chrupiący bekon, kiełbaski, śniadaniowe placuszki ziemniaczane, do tego tosty z masłem, cynamonowa kawa, a na deser miseczka owoców. To wszystko za 18 zł. Wnętrze restauracji przeniosło nas na amerykańską prowincję, w tle rozbrzmiewała stacja CNN – wieczorami jest to zapewne muzyka country. Na ścianach pamiątki z różnych Stanów, numery rejestracyjne, stare gazety, afisze. Miła, bezpośrednia obsługa zachęciła nas do powrotu w to miejsce, i to całkiem niedługo. Z pełnym brzuszkiem można było stawić czoła szarzyźnie dnia codziennego.
Dodam, że po takim śniadaniu nie byłyśmy głodne do późnego popołudnia.
BB

Kocham Ogród Saski zimą

zima
W końcu się doczekałam jakiejś namiastki zimy…Ktoś powie, że zwariowałam, bo jest przecież zimno. Może trochę jest, ale ja pamiętam takie zimy mocno srogie w niskie temperatury i białe, śnieżne, kiedy zaspy nie pozwalały wyjść nie inaczej jak tylko przez kopany tunel. To były zimy. Ale nie narzekam, wiem, że klimat się zmienia, to i zimy inne muszą być. Zatem łapię te chwile, jakie natura daje i wykorzystuję każdą wolną chwile na choćby krótki spacer. Kocham Ogród Saski zimową pora. Zamarznięty staw, fontanna w śniegu i zasypane wszystkie alejki, a jeszcze jak zapada zmrok, to czuję wtedy jakąś baśniową aurę. Ludzie spacerują ze swoim czworonożnymi przyjaciółmi, i wydaje się wtedy, że czas w stolicy zatrzymał się na chwilę…dzień się chyli ku końcowi i takie obrazki mniej zabieganych ludzi po prostu cieszą. Bo tak naprawdę…gdzie my tak gnamy, czy warto? Życie jest takie krótkie, a my ten cenny dar często sami na własne życzenie – tracimy. Zabijamy się o dobre, wysoko płatne posadki, dochodzimy często do stanowisk po przysłowiowych trupach, bo tylko zarabianie kasy się liczy. Zapominamy o tym co ważne, a jak te myśli wracają, to często jest już na wiele rzeczy za późno. A czasu nie wrócimy.

Styczeń się skończył, bardzo szybko upłynął. Nie był dobry, wiele smutnych rzeczy wydarzyło się wokół. Takie niestety jest życie – więcej w nim smutku niż radości. Jak co roku mam kilka noworocznych planów. Pomalutku wdrażam w życie moje postanowienia, bo mam ich kilka. Jednym z nich jest – mówić mniej, nie opowiadać za dużo, bo wydaje mi się, że jestem za bardzo wylewna i ufna, i za to często płacę. Nie będę się napraszać, jak ktoś nie chce pogadać, to nie będę pierwsza szła na linię frontu. Może będę przez to zdrowsza tak pod względem mentalnym. Szefa olewam i oby tak było, obym się nie złamała, bo ten gość na nic dobrego nie zasługuje. Tak jak pisałam, życie jest za krótkie, żeby je wytracać na takie „pierdoły”.

Wam, w Nowym Roku też życzę jak najwięcej dobrych chwil.

Wasza Aramiska

Najgorszy

d798e80e-ba58-4ac7-a5c2-62686c5bb189

Bardzo długo wierzyłam, że to co nas spotyka jest ściśle związane ze stanem umysłu. Jesteś optymistycznie nastawiona do świata? Będą Cię spotykać same dobre rzeczy, a gdy czasem się potkniesz i tak obrócisz to na swoją korzyść. Jesteś pesymistką? Niewiele Cię będzie cieszyć i niewiele dobrego spotykać.
Ale życie skorygowało moje myślenie.
Zawsze uważałam się raczej za optymistkę z przejawami realizmu. Pesymizm był mi nie na rękę, starałam się zawsze dostrzegać pozytywne strony świata, choć ten czasem lubił mi dawać „pstryczki” w nos.
Jednak ostatni rok… może nawet dłuższy okres czasu (?) – to było coś nie do opisania. Potknięcie za potknięciem, porażka za porażką. I choć na początku dość długo się nie dawałam, nie okazywałam słabości, to kumulowanie wszystkiego w sobie wyszło mi bokiem przy „upadku” pod koniec roku. Złamałam się.
Jak zapałka.
I choć z tego upadku również powoli zaczęłam się podnosić, to ciężar całego roku dał o sobie znać – nie było łatwo. I gdy już, już zaczęłam myśleć pozytywnie – 2017 rok będzie cudowny, wspaniały, najlepszy (!) po raz kolejny karma dała mi nauczkę.
I to nie byle jaką.
Pokazała mi jak bardzo można się mylić co do samej siebie. Jak można mylnie postrzegać świat. I jak łatwo jest zapomnieć o tym, co naprawdę się liczy. Teraz każdy „pstryczek” boli tysiąckrotnie, każda uwaga dotyka bardziej…
W tym czasie dostałam ogromne wsparcie, wiele osób stara się mnie podnieść na duchu, idzie przede mną bym więcej się nie przewróciła. Ale ja dziś nie mam już siły na podnoszenie się. Nie mam siły pielęgnować przyjaźni, choć czuję wyrzuty sumienia, że nie jestem taką przyjaciółką, na jaką zasługują moi bliscy. Taką siostrą na jaką zasługuje rodzeństwo i taką córką jaką być powinnam.
Staram się robić to co zwykle, ale czuje się jak robot, który wstaje z łóżka, je (a czasem nie), pracuje, wraca do domu, śpi.
Staram się nie odcinać od świata, ale są to raczej kontakty grzecznościowe. Sama też muszę być dla kogoś wsparciem, co jeszcze bardziej utrudnia myślenie o sobie samej.
I dziś już nie został ślad po optymistce.
Została realistka. Boje się wierzyć, że będzie dobrze – ostatnio oberwałam za takie myśli zbyt mocno. Dlatego przepraszam za tę długą ciszę z mojej strony – czasem lepiej milczeć.

aTosia.

Dobrego Bożego Narodzenia

fef02cd2-2e59-11e2-9bc8-0025b511226e
Bóg się rodzi, moc truchleje… cieszmy się i radujmy w tym pięknym okresie jakim są Święta Bożego Narodzenia. Odłóżmy smutki i troski na później, uśmiechnijmy się do siebie i podzielmy dobrym słowem, a może to dobro zostanie w nas na dłużej. Ubierzmy choinki, zapalmy lampki i świeczki i kupmy nawet najdrobniejszy prezent dla bliskich. Podzielmy się opłatkiem i tym pozytywnym przesłaniem. Jeszcze, żeby aura za oknem była dla nas łaskawsza, ale chyba na to raczej się nie zanosi. O śniegu na Wigilię to możemy jedynie pomarzyć, może gdzieś w górach troszeczkę śniegu spadnie i pokryje drzewa i ziemię.

Dawno nie dawałyśmy znaku życia. Jak ktoś czekał na wieści od Muszkieterek – to przepraszamy. Pomału po różnych zawirowaniach – zdrowotnych i emocjonalnych wracamy do codzienności. Mocno wierzymy, że ten Nowy Rok 2017 będzie lepszy i pogodniejszy. Kochani życzymy Wam zdrowia, spokoju, dobrych i szczerych ludzi wokół i mniejszego zabiegania. Zatrzymajmy się na chwilę, bo świat jest naprawdę piękny, a życie za krótkie, aby na świat nie patrzeć.

Dobra wszelakiego na Boże Narodzenie i Nowy Rok.

Pierzcie marynarki!

Striped_Skunk_(cropped)
Oj, bardzo dawno nic nie było o naszym „ukochanym” Richelieu. Czas przypomnieć o jego istnieniu – i jak to najczęściej – znowu w negatywnym świetle. Nasz Richelieu ma niedużą garderobę, a w tym kilka szmatek pamiętających chyba czasy Edwarda Gierka – i wcale się nie nabijam ;) . Są to dwie marynarki – jedna jesienno-zimowa taka lekko ocieplana i jedna wersja lżejsza – wiosenna, taki seledyn. Ma jeszcze taki płaszcz muszkieterski, brązowy zamszyk do pół łydki z paskiem – no istna masakra. Jak to mówią „o gustach się nie dyskutuje”, więc to nie o tym rzecz będzie.

A rzecz będzie – jak to w tytule – po prostu o praniu takiej odzieży.
Niektórym się wydaje, że jak nie chodzą w danym ubranku na co dzień, tylko tak od czasu do czasu, to już prać za często nie trzeba – wystarczy na przykład wywietrzyć, lub wytrzepać i zapach zatęchłego, zależałego przez miesiące i nawet lata potu zniknie.
No nie zniknie, a ten smród przyprawia o ból głowy i wymioty i jeszcze w pracy trzeba to wytrzymywać przez kilka ładnych godzin :( .
I co z takim fantem zrobić? No nie potrafię tak wprost zwrócić komuś w tak delikatnej kwestii uwagi. Wszyscy czują, tylko ta osoba nie czuje nic i jest swoim wyglądem zachwycona.
W teatrze z takim stanem też często się stykamy. Mają panowie tak zwany teatralny mundurek – przez lata ta sama marynarka, oczywiście pralni nie widziała może od kupienia. Przychodzi ktoś do teatru, aby spędzić miły wieczór, a tuż obok takie właśnie zapachy i niestety wieczór do d… Jak można tego nie czuć? Zupełnie tego nie pojmuję. Jak się spocę to swój pot czuję i robię wszystko, aby go zniwelować, bo jeśli mnie przeszkadza to innym też. Taką marynarkę chociaż raz do roku trzeba oddać do pralni, nawet jeśli mieliśmy ją na sobie kilka razy.
Nie wiem jaki zapach unosi się po otworzeniu szafy naszego Richelieu – wszystkie robaki padną, nie potrzeba trutki… :)
No właśnie znowu to czuję, a do końca pracy jeszcze cztery godziny :( . Istny dramat.
Może też macie takie spostrzeżenia.
Napiszcie – co z tym zrobić?

Ściskam Was jesiennie.

Wasza Aramiska

Jesienne rozdrażnienie

800px-Fallen_leaaves_in_autumn
Gdzie ta nasza złota polska jesień – pytam się, gdzie?
Gdzie fruwające babie lato i ciepłe promienie słoneczne.
Pewnie gdzieś są, tylko niestety nie w kraju nad Wisłą.
Pamiętam ubiegłoroczny październik – był piękny, słoneczny, kolorowy paletą barw jesiennych – żółcieni, czerwieni, brązów i jeszcze różnych odcieni zieloności. Kolory są, widać je jak się podróżuje po Polsce i widać je w parkach. Jednak tylko zostały nam kolory, które jednak w deszczu bledną. Szaro-smutno, deszczowo i zimno, ta okropna wilgoć dopada nas w każdym miejscu.
Nie jest to miłe uczucie. Patrzę przez okno i chce mi się płakać – krople deszczu spływają po szybie, kap, kap, drążąc cienkie korytarze po przybrudzonych oknach… czas je umyć – mówi głos podświadomości, ale mój realny stan odpowiada – nie chce mi się!!!

Świeczki teraz są produktem ciągłego kupowania. Jak się przychodzi z pracy, to palą się non stop, aż do późnych godzin nocnych, kiedy zasypiamy. Nie wiem jak u Was, ale u mnie taki brzydki jesienny czas wyzwala rozdrażnienie, częsty brak humoru – dlatego przepraszam wszystkich wokół, że nie zawsze jestem sympatyczna, uśmiechnięta i chętna do dyskusji. Takim czasem wolę pomilczeć, albo zaszyć się pod kocem w jakimś kąciku i udawać, że mnie nie ma. Do pracy trzeba wstać, bo z czegoś trzeba żyć, ale wychodzenie z domu to już do przyjemności nie należy… chyba, że do teatru na fajną sztukę… to jedynie daje mi radość i dodaje nieco więcej energii. Podobno zima ma przyjść wcześniej – i to jest dobra wiadomość. Właśnie kilka dni temu rozmawiałam z panią ze sklepu ogrodniczego i oczywiście nasza pogawędka musiała zejść na tematy pogodowe. Pani mi powiedziała, że co trzy lata zmienia się aura – w ubiegłym roku w listopadzie część Stanów Zjednoczonych już była zasypana śniegiem i zmrożona, u nas była plucha – tak było przez ostatnie trzy lata – a w tym roku ma być odwrotnie. A ja miłośniczka zimy – bardzo chcę w to wierzyć. W coś trzeba wierzyć, żeby sobie nastrój poprawić…

Wasza Aramiska